Dwa rozbite bolidy Red Bulla w Azerbejdżanie

, Sławomir Herman
Dwa rozbite bolidy Red Bulla w Azerbejdżanie

Od samego początku wyścigu Formuły 1 w Azerbejdżanie iskrzyło między obydwoma kierowcami zespołu RBR Aston Martin. Daniel Ricciardo i Max Verstappen do 40 okrążenia dostarczali wszystkim kibicom dużej dawki emocji. Panowie jechali bardzo blisko siebie, a gdy dochodziło do wzajemnego wyprzedzania, żaden z kierowców nie chciał odpuścić. Konsekwencje takiego zachowania miały fatalny skutek. Obaj Panowie nie ukończyli wyścigu.

Z punktu widzenia kibiców takie sytuacje to esencja wyścigów. Każdy przecież staje na starcie i chce wygrać lub zdobyć jak największą ilość punktów bez względu na to, z której pozycji startuje. W historii GP w Baku i to tej negatywnej zapisali się na pewno Siergiej Sirotkin (Williams), Esteban Ocon (Force India), Romain Grosjean (Haas), Nico Hulkenberg (Renault), oraz obaj Panowie z RBR - Ricciardo i Verstappen.

Patrząc na minę Panów pociągających za sznurki w RBR to nie chciałbym być w skórze kierowców, o których mówi się jeszcze z wypiekami na twarzy. Trudno winić Ricciardo, choć sędziowie byli innego zdania i Australijczyk także otrzymał upomnienie, ale to Holender Verstappen wykonał dwa manewry zmiany pasa co doprowadziło do kolizji przy prędkości ponad 330 km/h. Całe szczęście, że żaden z Panów nie ucierpiał. Bolidy jednak nie nadawały się do dalszej jazdy. 

Moim zdaniem adrenalina u obu kierowców RBR narastała z każdym pokonanym okrążeniem - i to ta negatywna. Żaden z nich nie mógł się oderwać na taką odległość, by mieć święty spokój. W końcu musiało dojść do upuszczenia emocji i to w tak spektakularny sposób. Frustracja była już zbyt duża, ale na tym poziomie rywalizacji chłodna głowa powinna być jak orzeźwiająca pięść. Szkoda tej całej sytuacji i szczerze mówiąc zastanawiam się czy "chemia" i to ta pozytywna, jeszcze na linii Ricciardo-Verstappen będzie się w padoku i podczas kolejnych wyścigów unosić.